Bardzo lubię poznawać nowe kultury poprzez kontakt z ludźmi. Aby się czegoś nauczyć, trzeba spędzić w danym kraju trochę czasu. Zaczęłam wyjeżdżać na ostatnim roku studiów – wtedy jest z reguły luźniej, bo głównie pisze się pracę magisterską. Postanowiłam skorzystać z możliwości, jakie daje Erasmus+. Wzięłam udział w dwóch szkoleniach. Najpierw w Serbii o wyrównywaniu szans poprzez znajomość mediów społecznościowych. Uczestnicy warsztatów stanowili mieszankę przedstawicieli państw bałkańskich, Grecji i Polski. Później pojechałam na szkolenie do Hiszpanii, które wybrałam ze względu na interesujący temat – muzykę. Oprócz tego były trzymiesięczne praktyki w Barcelonie i majówka w Grecji.
Projekt w Chorwacji wybrałam ze względu na termin. W trakcie pierwszej fali pandemii w maju 2020 roku nastąpiła redukcja etatów – zostałam bez pracy. Rozglądałam się za nowym stanowiskiem, ale ciągnęło mnie za granicę, bo jest tyle opcji wyjazdowych! Stwierdziłam, że jeszcze się w życiu napracuję. Poza tym ten konkretny wolontariat przykuł moją uwagę już rok wcześniej. Zaciekawiła mnie tematyka związana z żeglarstwem – pomoc przy regatach – a także perspektywa pracy fizycznej. Po czasie spędzonym w biurze chciałam zrobić coś, czego efekty będą widoczne od razu.
Jadąc do Chorwacji byłam przekonana, że już nic mnie nie zaskoczy. Za każdym razem wyjeżdżałam ze świadomością, że warto maksymalnie wykorzystać czas za granicą, zamiast tęsknić za domem. W Chorwacji – choć spędziłam tam zaledwie miesiąc – było inaczej. Po raz pierwszy doświadczyłam FOMO [fear of missing out – lęk przed przegapieniem czegoś istotnego – przyp. red.]. Część znajomych założyła rodziny; w czasie mojego wyjazdu jedna koleżanka się zaręczyła, druga oznajmiła, że jest w ciąży. Wolałabym być na miejscu, żeby im osobiście pogratulować. Mam 28 lat – ludzie w moim wieku dyskutują o kredytach i związkach, a mnie to nie dotyczyło. Czułam się przez to zagubiona. Nie wiedziałam też, co robić z pracą – przebranżowić się czy szukać zatrudnienia w swoim zawodzie. Podczas wolontariatu odetchnęłam.
Na dalmackiej wyspie Murter nikt się nie spieszy. Wszystko odbywa się powoli, krok po kroku. My też pracowaliśmy powoli. Koordynator – jeden z długoterminowych wolontariuszy – przejął ten styl pracy. Bardzo mi się podobało, kiedy mówił, że możemy „powoli zaczynać” albo „powoli kończyć pracę”, zamiast „kończymy” czy „zaczynamy”. W osiągnięciu spokoju pomogło mi też życie w zgodzie z naturą. Na wyspie to pogoda wyznacza cykle pracy i dyktuje, kiedy odbędą się wydarzenia. Nikt się przesadnie nie stresował, kiedy z powodu niekorzystnej prognozy trzeba było przełożyć regaty. Miło wspominam też zawody, w których nikt się nie ścigał. Ważna była sama podróż, a nie to, kto wygra. Poza tym dużo dały mi też rozmowy z długoterminowymi wolontariuszami z Hiszpanii i Włoch. Udzielił mi się ich spokój.
Opowieści Aleksandry pochodzą z wywiadu, który ukazał się w Europie dla Aktywnych. Pełną wersję tekstu możesz przeczytać tutaj.
Updated on wtorek, 17/02/2026